szary wiruje pyl 2012-04-29 21:50:48

taka jestem jakas rozpieprzona
choc nie wachalam plastikowych kwiatow wczoraj

troche tak zyje jedna noga w tym co bylo 20 lat temu, a jedna noga w tym co dzis.

julka mi tak szybko rosnie, ze nie pojmuje (dzidziusie, szczesliwie, wciaz sa malutkie)

dzis przy ktoryms odcinku downston abbey (polecam, polecam!) poplakalam sie jak jedna z glownych bohaterek opuszczala rodzinny dom. poplakalam sie - bo przeciez moje dzieci tez kiedys wyfruna z gniazda i nie bedzie to za pol zycia, ale za maks trzy mgnienia oka. albo wiosny.

i co ja wtedy zrobie w tym pustym domu, nie? bede siedziec i ogladac zdjecia jak byly malutkie i jak w kazdej minucie wiedzialam gdzie sa i co sie z nimi dzieje, co dawalo mi wzgledne poczucie bezpieczenstwa.

o tym tez jakos dziwnie nikt nie mowi. ze myslac o dzieciach czlowiek mysli o wozku, pieluchach i sloiczkach gerbera, a nie o tym, ze bedzie sie martwil o swoje dzieci, gdy te juz dorosna.

zeby trafialy na dobrych ludzi, zeby nikt im krzywdy nie zrobil i serca nie zlamal. a dzieci naszych dzieci? dajcie spokoj, juz teraz sie o nie martwie.




nie o tym mialam pisac, ale o tym co mialam pisac, to nie wiem jak pisac

moze obejrzyjcie se film last kiss, bo on chwilowo jest dosc na miejscu i duzo tlumaczy.

nadal obstawiam kryzys wieku sredniego jako glowna przyczyne.

ile on trwa, ktos wie?


ogolnie dosc duzo zrozumialam ostatnimi czasy. usmiecham sie z politowaniem na mysl o tym jak kiedys kiedys bezkompromisowo klasyfikowalam wszystko w kategoriach czarno - bialych. a dzis co. szary wiruje pyl, tylko on nas nie opuszcza.

tesknie za poznaniem
chcialabym pojechac w tatry

zalewa mnie ocean wspomnien.




skomentuj (8)

Zjesc zupe mniejsza lyzka 2012-04-19 21:20:24

„Ja myślę, że najlepszym sposobem, żeby osiągnąć szczęście w życiu jest polubić terazniejszy moment. Chodzić powolniej i widzieć, że budynki są ciekawe i ładne. Słuchać dobrze przyjaciół i rozumieć, że są inteligentni i śmieszni. Zjeść zupę mniejszą łyżką i poczuć smak każdej przyprawy i każdego składnika. Nie trzeba szukać szczęścia w życiu, bo jest - tutaj, teraz, wszędzie, w szczegółach"

swojego czasu napisala to na swoim blogu Malenstwo i juz to kiedys tutaj cytowalam, ale cytuje po raz kolejny - bo warto.

skomentuj (8)

Poznanskie (i nie tylko) dziewczeta 2012-03-27 21:19:29

Ciesze sie, ze jestescie.

To troche tak, jakby jednak caly ten czas nie uplynal, prawda?

I wzruszona jestem, ze mimo iz tyle lat milczalam i skandalicznie zapuscilam bloga, to Wy zamiast sie obrazic i walnac focha nadal sie do mnie odzywacie.

Dosc to budujace.

I ciesze sie, ze chce mi sie pisac, bo sistermoon.blog.pl to jednak wybitnie moje „self” sprzed dzieci i pamietam jak kiedys po blizniaczkach stwierdzilam, ze nie potrafie dalej tu tworzyc, bo za duzo sie zmienilo, za bardzo ja sie zmienilam, ale szczesliwie okazalo sie, ze byla to tylko chwilowa usterka zalanego budyniem mozgu, a nie trwala i nieodwracalna deformacja jakiegos plata mozgowego.

Zatoczylam full circle of life, dalam zycie, zycie podroslo i przestalo czepiac sie mnie niczym obcy pasazerow nostromo, a ja moglam powrocic do ukochanych niebieskich spodniczek i rozwazan o kremiku do ryja, z krotka tylko przerywanymi atakami paniki na tle uplywajacego czasu.

Takze chcialam nadmienic, ze okolice zyciowego polmetka rowniez maja, zeby nie bylo, swoje dobre strony. Kerri dobrze to ujela w komentarzu, ze oto nadszedl wiek, ze mozna robic co sie chce i nie ogladac sie na innych. Bardzo to lubie. Ze naprawde mi wisi co inni pomysla. I zyciowe doswiadczenie jest bez porownania atrakcyjniejszym atrybutem od nastoleniej, naiwnej nieswiadomosci swiata i spaczonej wiedzy na temat zwiazkow miedzyludzkich.

A teraz pff

Wiek dostarczyl doswiadczenie, a doswiadczenie pozwolilo odpuscic, nie przejmowac sie, poblazliwie traktowac kwestie, w ktorych kiedys czlowiek by predzej zabil, niz ustapil. Teraz – whatever. Swiat przestal byc bialo – czarny i zerowo – jednykowy. Odfajkowanie kamieni milowych – z jednej strony przygnebiajace – z drugiej – pozwala przestac sie spinac i nerwowo przebierac nogami w oczekiwaniu na.

Zrobilam co mialam i czego ode mnie oczekiwano (w kwestii dzieci wyrobilam 300% normy), teraz zamierzam machac nozkom (synchronicznie z pierwszom zonom) i pic wino.

Oraz – oczywiscie – narzekac na dzisiejsza niewychowana mlodziez i rozwiazlosc w mediach. Bo za moich czasow to bylo inaczej, byly saturatory i lody calypso, ogladalo się psa pankracego a nie mini mini, gralo w korale - a nie w playstation oraz chodzilo sie na pochody pierwszomajowe.

A kto sie dzieckiem komunizmu urodzil ten nim umrze.

Czy moge niesmialo zapytac co u Was? Sie pozmnienialo albo nie?

Albo ogolnie co tak?

Czy jestescie szczesliwe i czy lubicie swoje zycie?

I tak, tak, podpisuje się pod komentarzem Dag:

„Dziewczyny skoro i Wy macie tak samo to może nie nalezy patrzec wstecz tylko trzymać się razem, wspominać i z tego czerpać siłę, że wszysktie będziemy emerytkami w tym samym czasie i bedziemy się spotykać na blogu:) I pod żadnym pozorem nie kolegowac się z młodszymi:) U mnie w robocie powoli okazuje się, że jestem "ta starsza" a dopiero przecież przyszłam.... A tak to sobie powspominamy i trzepaki, i gumę i Heya i zahibernujemy się w latach 80-tych. Kolumbowie rocznik 75 +_5 lat”



skomentuj (31)

"Kazdy nowy dzien rodzi nowe paranoje" 2012-03-20 19:03:24

Czy dopadl mnie kryzys wieku sredniego?

No co Wy, przeciez wciaz mam 23 lata.

Taaa

Kryzys wieku sredniego podszedl mnie od strony nietypowej. W sensie, ze olal zmarszczki, rozstepy itd, ale zaczal mnie straszyc. I wyliczac mi jakies dziwne statystyki. Ze oto nagle liczba moich „yesterdays” and „tomorrows” zrobila sie niebezpiecznie do siebie zblizona. I czy wiem, ze druga polowa podrozy/ wakacji/ drogi zawsze mija szybciej. Oraz czy mam swiadomosc, ze skoro ostatnia dekada przemknela niczym pociag TGV to szanse na to, ze kolejna bedzie sie wlokla jak towarowy z grodziska wielkopolskiego do steszewa sa naprawde niewielkie.

Wiec troche zaczelam sie bac.
Uplywem czasu jestem przerazona.
Nawet nie tym, ze 40stka sie czai za rogiem, ale bardziej tym, ze 23 lata mialam WCZORAJ, a najpozniej w ubieglym tygodniu.

I wspominam jak mama zawsze mowila: „Dziecko, zobaczysz jak zycie szybko mija”, a ja se myslalam (cytujac za jedna z najlepszych starych, polskich komedii), ze „stara pieprzy trzy po trzy”.

Dzis mam ochote schowac sie za mamina spodnice i udawac, ze mnie nie ma.

Pomijam takie detale, ze kiedys o osobie 40-letniej myslalo sie, ze powinna juz zaczac zbierac na nagrobek i rezerwowac kwatere na junikowie.

W zaden sposob nie mam prawie czterdziestu lat, naprawde. W zaden. Wiem, ze mam tyle lat na ile sie czuje blabla, ale to nie o to chodzi, bo czuc to ja sie czuje jakbym nadal na studiach byla (tylko kostium mi sie marszczy pod oczami). Nie moge przyswoic faktu, ze idole mojej mlodosci sa pod 50tke albo 60tke. Albo w ogole umieraja. Albo ze Grabaz skonczyl wlasnie 47 lat, a jak zaczynalam do niego pisac listy to mial 28. Albo, ze ktos kto sie urodzil w 92 roku ma dzis 20 lat, podczas gdy wg moich obliczen moze miec max 7-9.

Naprawde czuje sie, jakbym jechala ekspresem i stacje z nazwami miesiecy (zeby chociaz dni tygodnia!) przelatywaly mi w pelnym biegu przed oczami, nie dajac mi w ogole szansy na to, zeby wysiac, usiasc i popaczec.

Moze tez i dlatego tak chetnie siegam do przeszlosci, zeby jakos ten uplywajacy czas przytrzymac, przydepnac noga i nie pozwolic mu spierdalac przede mna w takim tempie.

Boje sie, ze umre.

Nie, ze tam wpadne pod samochod czy zachoruje, ale ze – po prostu – za chwile sie obudze, bede miala 80tke i jak przez mgle uslysze jak dzidziusie z julka deliberuja czy juz mnie odlaczyc od aparatury, czy moze jeszcze nie.

Boje sie, ze PM mi umrze, bo przeciez cholerni faceci statystycznie umieraja wczesniej.
I co ja wtedy zrobie.

Boje sie, ze wszystko co najlepsze juz za mna. Wszystkie kamienie milowe – studia, mlodosc, slub, narodziny dzieci. All gone i nie spotka mnie juz nic ekscytujacego oprocz wieczorkow tanecznych i kursow robienia pasty twarogowej w domu spokojnej starosci. (No wiem, jeszcze dzieci moga wyjsc za maz i urodzic wnuki. Ale to juz ich kamienie milowe, nie moje).

Moze mi sie nudzi i wymyslam, nie wiem, ale gdy te leki dopadaja mnie w nocy to jestem przerazona i wszystko czego pragne to wstac i szybko zaczac projektowac maszyne, ktora przenioslaby mnie z powrotem w lata 80te. Moze to minie i juz za kolejna dekade bede robila sobie na udzie tatuaz i przezywala osma mlodosc. Nie wiem. Nic nie wiem. Wiem, ze wiekszosc zycia spedzam za biurkiem w pracy zamiast biegac po lace i byc dzieckiem - kwiatem. Wiem, ze nie doznaje juz radosnej ekscytacji na mysl ooo, a ciekawe co bedzie za 10, 20 i 30 lat.

I jeszcze to cale carpe diem. Zyj zszywaczem i papierem z firmowym nadrukiem. Albo odkurzaczem i garami, cokolwiek jest twoja codziennoscia. Bo na nic innego nie ma czasu i naprawde ludzkosc dlugo i mozolnie pracowala, zeby to osiagnac (zaraz wyjde i zaczne na murach pisac KOMUNO WROC. Bo wtedy prace konczylo sie o 15 i szlo sie do domu gotowac obiad na bazie octu (gdyz nic innego w sklepach nie bylo). Albo stalo sie w kilometrowej kolejce do apteki po podpaski i gadalo z ludzmi, bo nikt nie mial komorki/ ipoda/ mp3 i nie odgradzal sie w ten sposob od spoleczenstwa)

Potem czytam bloga Chustki i mam ochote walic sie lunchboxem po glupim lbie.

Wiec ja Was prosze, napiszcie mi ze jestem normalna. Albo mi napiszcie, ze jestem nienormalna, ale tez tak macie jak ja i ze wspolnie damy rade.

„Czemu ty tyle przeklinasz?” pyta ciagle z niesmakiem PM

????!!!!!!

Bo to wszystko co mi pozostalo z nastoletniej rebelii i wspomnien o minonej, beztroskiej mlodosci.

Powiedziec: KURWA, DUPA i CHUJ.

skomentuj (38)

Maly ksiaze 2012-03-09 18:54:17

A potem nagle sie wzruszam, gdy mysle o naszym domu pelnym malutkich kobietek.

I zaczynam widziec bigger picture.

Ze to wszystko, ta droga przez meke, ma swój cel i swoje swiatelko w tunelu.

Bo za iks lat gdy/ jeśli moje corki zdecyduja się na wlasne dzieci, to moze nie będą już tak potwornie osamotnione w macierzynstwie jak my z PM’em. (tak, wiem, ze moga mieszkac na innych kontynentach i nie gadac ze soba, wiem)

Najlepsza decyzja – szczerze – to ta o drugim dziecku, które okazalo się dublem. Nie wybaczylabym sobie gdybym stchorzyla i pozostawila julke jedynaczka, choc bylo to tak wygodne rozwiazanie. Nie wybaczylabym sobie – bo pamietam jak to bylo nie miec nikogo.

Jako jedynaczka z niepelnej rodziny codziennie przygladam sie ze zdumieniem wszystkiemu wokol siebie. Kazda rzecz to dla mnie nowosc. Niedzielne wspolne sniadania przy stole. Klotnie rodzenstwa, podczas ktorego piora leca na wszystkie strony, a chwile pozniej przytulanie sie, calowanie i przepraszanie. Rodzinne spacery. Rodzinne swieta. Male glosiki, ktore wolaja PMa, gdy ten rozmawia ze mna rano przez telefon: „Tatusiu, chodz z nami jesc sniadanko” (PM tez jest jedynakiem i dom pelen dzieci, ktore chca z nim jesc sniadanko to dla niego pewna nowosc :)). Dopiero teraz uswiadamiam sobie, ze zadnej z tych rzeczy nie pamietam ze swojego dziecinstwa.

A najsmieszniejsze jest to, ze gdybym mogla przewidziec to, ze bede miala blizniaki, to na bank zrezygnowalabym z drugiej ciazy i rodzenstwa dla Julki, bo myslalabym, ze przeciez nie damy sobie rady.

Dzie trojka dzieci, no dzie.

Jakie blizniaki, przeciez nie mam 8 rak, jak osmiornica zeby to wszystko obsluzyc. Przeciez mieszkanie za male, a auto nie pomiesci 3 fotelikow.

A tymczasem okazalo sie, ze blizniaki to w ogole kosmos macierzynstwa i ze mozna siedziec 24h na dobe i obserwowac wiez miedzy dwojka malenkich czlowieczkow, ktore kiedys byly jedna komorka. Jak sie kloca, a za chwile godza. Jak – gdy daje im cos dobrego do jedzenia – jedna nie wezmie dopoki nie zawola drugiej, zeby ta tez dostala. Ja leza razem na sofie i sie laskocza. Jak dziela sie kazdym spostrzezeniem i obserwacja swiata („Nianisiu chodz zobacz!” – „Ide, poczekaj”)

Ja nie mowie, ze bylo i jest lekko, tak?, ale przychodzi taki moment.... przychodzi taka chwila, ze czlowiek zaczyna przy dzieciach odpoczywac, a nie dostawac szalu. Ze te cholerne bachory :)) – zamiast wysysac z czlowieka cala energie – zaczynaja mu ladowac akumulatory. I to tak przychodzi nagle, jak czlowiek juz myslal ze cale zycie bedzie przewijal, karmil, odbijal, uspokajal, wstawal w nocy i przewracala sie ze zmeczenia.

„Mamusiu posprzatalam wszystkie zabawki” mowi Julka wieczorem, przykrywajac mnie delikatnie kocem.

I wtedy przypomina mi sie przypowiastka z musierowic, gdy rodzina i znajomi zebrali sie wieczorem, zeby oczekiwac szczescia. Siedzieli cala noc i nic sie nie dzialo – tylko wiatr wial, gwiazdy mrugaly i dzieci sie smialy przez sen. Nad ranem rozeszli sie rozczarowani – bo szczescie nie przyszlo :)

Najtrudniej w tym calym tym burdelu jest spojrzec poza ramke zmecznia i upierdolenia codziennoscia.
Najtrudniej uswiadomic sobie to, co – gdy mielismy nascie lat – bylo tak oczywiste, ze najwazniejsze jest niewidoczne dla oczu i ze aby zobaczyc rzeczy takimi, jakie sa naprawde – trzeba spojrzec wlasnym sercem.

skomentuj (15)

Zal mi tamtych nocy i dni 2012-02-29 19:25:38

Kiedy patrze wstecz za siebie
Kiedy czytam bloga od poczatku
Wracam do pamietnikow z 96 roku

Uspokaja mnie to. Przeszlosc sprawia, ze sie czuje bezpiecznie, moze dlatego ze byla, minela, nie ulegnie zmianie, nie wyskoczy niczym krolik z kapelusza zadnym niespodziewanym wydarzeniem.

I gdy tak czytam to doznaje calego konglomeratu uczuc i emocji. Ze mam za soba zajebiscie pracowita i meczaca dekade. Ze tyle sie wydarzylo miedzy momentem, gdy siostra wypierdolila mi salatke z tesco za sofe w moim tycim studio, a dniem dzisiejszym - gdy pieczemy buleczki pieczarkowe online.

Wciaz nie trace nadziei, ze moje stare zycie wroci, bo czasami miewam jego przeblyski. Bo coraz czesciej mam szanse robic rzeczy, ktore robilam BC (before children). I przywoluje te przeszlosc tak jak moge – muzyka i zapiskami z tamtego okresu, balsamem jagodowym z body shopu, ktorym posmarowalam sie na pierwsza randke z PMem w marcu 2003 roku (a on potem o 4 nad ranem przyslala mi smsa „wciaz czuje Twoj zapach na swoich ramionach”) I przynajmniej dzien dzisiejszy pachnie i brzmi tak jak dekade temu, a ja wtedy sobie mysle, ze nie wszystko jeszcze stracone.

Bo dzieci rosna (tak strasznie poooowoooooliiii), ale nagle wtem! okazuje sie, ze przychodze do domu, a cala trojka prowadzi ozywiona dyskusje na temat piknikow. Moje dzidziusie, tak? Moje dwukilogramowe twinsowny, ktore bylam w stanie polozyc sobie na dloni. Nagle DYSKUTUJA. Otwieraja buzie i WYPOWIADAJA ZDANIA.

W koncu dajemy rade wyjsc z domu w piatke i nie przypomina to ewakuacji z tonacego titanica. W koncu zarzucam na ramie wylacznie torebusie, a nie tysionc pincet pakunkow z tym-czego-potrzebuje-male-dziecko-poza-domem. W koncu wozek zostaje w bagazniku, bo dziewczyny swietnie radza sobie na wlasnych nogach. W koncu na wielkanoc ryzykujemy mini break’a z cala rodzina w hotelu w donegal, bez obawy, ze dzieci beda cala noc/ podroz/ pobyt wyly albo jeczaly, a my pozalujemy ze gdziekolwiek sie ruszalismy. W koncu zapowiada sie sezon na weekendowe, spontaniczne wypady.

W KONCU.

Oczywiscie pamietam, ze z niemowlakiem rowniez przeciez mozna robic wszystko. Wejsc na mount everest i przeplynac ocean wplaw. Ja jakos nie dalam rady i dopiero teraz wszystko to ogarniam logistycznie na tyle, zeby zapakowac wszystkich do auta i wyruszyc w swiat, bez kwalifikowania sie po powrocie na kozetke u psychiatry i bulke z prozakiem.

WIEC MOZE JEST DLA NAS WSZYSTKICH NADZIEJA

Na dluzsze dni. Cieplejsze noce. Na codziennosc inna, niz niemowlecy drill. Na bryze nad oceanem i zachod slonca na klifach.

Bo nie ukrywam, ze najbardziej przez te lata (oprocz snu, ciszy i swietego spokoju) brakowalo mi wyspy. Jej niesfornego wiatru, szarego oceanu i niepokornego nieba.

Moze gdy to wroci to i ja w koncu powroce.
Do siebie.
Do sistermoon sprzed dekady, za ktora tesknie i ktorej nie chce zapomniec, BO PRZECIEZ MAM DZIECI.

Za bardzo siebie lubie, zeby to odpuscic. Zeby machnac reka i pogodzic sie z utrata starego zycia. Wolnosc - kocham i rozumiem, wolnosci oddac nie umiem.

No nie umiem.

skomentuj (17)

Macierzynstwo nadal bez lukru 2012-02-16 19:45:46

Jestem dumna z Chudej, ze tak pieknie rozkrecila Macierzynstwo bez lukru. I zaluje, och jak zaluje, ze nikt o tym nie mowil wczesniej. Ze moje poczatkowe macierzynstwo z julka byla pokrecona wypadkowa euforii (dzidzius, dzidzius!), przekonania o wlasnej nieomylnosci (inne matki sie nie znaja, ja wiem wszystko najlepiej i MOJE dziecko bedzie chodzic jak w zegarku) oraz nierealistycznych oczekiwan, ktorych nabralam na podstawie:

1) Reklam
2) Filmow i seriali, gdzie porod sprowadza sie do 5 minut krzyku, a pologu nikt nigdy nie wspomina (jak i rowniez o tym, ze „zaraz po” nie mozna z bolu zrobic siku, ze czlowiek sie czuje jakby go autobus potracil, ze proby karmienia koncza sie pokrwawionymi sutkami, a koktajl emocji, ktory miesza matka natura bylby w stanie powalic goliata)
3) blogaskow mamus, ktore „nie lubia pisac o zlych chwilach”, w zwiazku z czym kazda notka jest pochwala i apoteoza macierzynstwa, a dzieci – nawet jesli bywaja niesforne (bo przeciez nie niegrzeczne) natychmiast sie nawracaja, gdyz matka swoja cierpliwoscia i intuicyjna madroscia potrafi zazegnac kazdy konflikt w zarodku

U NAS TAK NIE JEST, UMOWMY SIE

U nas jest tak jak powiedziala Dorota w „Uwadze”, ze porady o wyjsciu z pomieszczenia i policzeniu do 10, gdy dziecko nas wkurzy mozna sobie w d... wsadzic, bo czlowiek szalu dostaje w 3 sekundy. I wiecie co – juz mam to w dupie i sie nie przejmuje. Nie jestem zla matka, choc tym cierpliwym, dobrym, wyrozumialym i wrazliwym do piet nie dorastam. Kocham swoje dzieci do lez i utraty tchu I STARAM SIE NAJLEPIEJ JAK POTRAFIE.

CODZIENNIE ponosze wychowawcze porazki (nie ze raz na tydzien albo na miesiac). CO-DZIEN-NIE. Codziennie albo warkne albo podniose glos i powiem cos czego zaluje. Nie potrafie zyc w ciaglym zachwycie nad tym jak cudowne sa dzieci – bo dla mnie nie sa. BYWAJA slodkie i wzruszajace. Daja mnostwo podwodow do dumy. Ale forma rozwoju „male dziecko” to pomylka lub ponury zart natury. Zaden inny gatunek nie przechodzi tego, co musi przezyc statystyczna matka statystycznego kilkulatka. Nigdy nie slyszalam o malych zyrafach, ktore rzucaja sie na ziemie i dra w nieboglosy, bo nie moga dosiegnac liscia na drzewie. Albo o sloniatkach, ktore leza w zbuntowanej pozie 45 minut, w czasie gdy matka probuje je doprowadzic do wodopoju.

Codziennie ponosze porazke, ale sie nie poddaje i kazdego kolejnego ranka wstaje z mocnym postanowieniem poprawy (ktore wali sie w gruzy, gdy wieczorem – zmeczona – musze walczyc ze znudzona pieciolatka, ktorej nie chce sie sprzatac i ktora pyskowanie opanowala do perfekcji). Ale juz sie tym – tak jak kiedys - nie zadreczam. Na blogi idealnych matek nie wchodze. Reklamy traktuje niczym science – fiction, a na filmach o porodach dostaje ataku smiechu. Obiema rekami podpisuje sie po tym co powiedzial moj maz (ktory „zawodowo” opiekuje sie trojka malych dziewczynek od 2 lat) – na statystyczna godzine przebywania z malym dzieckiem (zakladajac, ze spedza sie z nim caly dzien, dzien po dniu, przez 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku) – 50 minut to droga przez meke, wrzask, absurdalne negocjacje, rzucanie grochem o sciane i rozdzielanie walczacych. Pozostale 10 minut to magia (ze sa, ze sa idealnie cudowne, madre, sliczne, ze kadego dnia umieja wiecej, ze staraja sie pomagac i pocieszaja sie wzajemnie, gdy ktoras jest smutna)

Byloby duzo latwiej, gdybym miala swiadomosc tego wszystkiego przed pierwszym dzieckiem. Nie mialabym wtedy do siebie pretensji, nie przezywalabym tak porazek wynikajacych z nieudolnych prob dyscyplinowania malej julki. Na obecnym etapie podwojnego buntu dwulatka u blizniaczek nie jest latwo, ale tez nie porywam sie juz z motyka na slonce. Wyrosna, a potem – tak jak julka – zaczna pyskowac. A potem trzasna drzwiami i stwierdza ze zmarnowalam im zycie i ze na pewno byly adopotowane.

I moze, moze potem, gdy same utkna z malutkimi dziecmi w domu – zrozumieja i docenia. I moze bedzie im latwiej, gdy beda swiadome, ze maja prawo do kazdej negatywnej emocji i niecheci do wlasnego dziecka, gdy to wrzeszczy, a wszystkie „ksiazkowe” metody uspokojenia go – zawodza (a one mysla, ze na pewno cos robia zle, bo inne matki stostuja te same metody i ich dzieci sa idealne).

Moje czasy „ZAWSZE” i „NIGDY” minely bezpowrotnie. Wyroslam z pouczania i wskazywania innym wlasciwych drog postepowania, gdzy takie nie istnieja. Wszystko co mozna to probowac. A gdy sie upadnie – nalezy wstac i isc dalej, nie bojac sie kolejnego upadku, ktory na 100% nastapi.

Bo jak to mowi stare przyslowie pszczol: „If at first your don’t succeed – try, try again”

A Chuda jest mojom bohaterkom. O.

skomentuj (18)

Księga Gości